W kogo się wpatrujesz, tym się stajesz

XVI NIEDZIELA ZWYKŁA, 17 lipca 2016

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go w swoim domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która usiadłszy u nóg Pana, słuchała Jego słowa.
Marta zaś uwijała się około rozmaitych posług. A stanąwszy przy Nim, rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła».
A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, martwisz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».
(Łk 10, 38 – 42)

Bóg pragnie naszej miłości, jak zraniony pragnie uleczenia. Czy to właściwe porównanie? Jeśli ktoś w nie wątpi, niech spojrzy na jakąkolwiek stację Drogi Krzyżowej. Najboleśniejsze są rany zadane przez najbliższych, przez najbardziej kochanych. Gdy nam na kimś bardzo zależy, to nawet pomijanie nas przez tę osobę boli jak rana zadana rozpalonym prętem metalu. Prorok Zachariasz wyraził to w ten sposób: „A gdy go ktoś zapyta: »Cóż to za rany masz na twoim ciele?« Wówczas odpowie: »Tak mnie pobito w domu moich najmilszych«” (Za 13,6). Jedynie „w domu najmilszych” można być tak dotkliwie zranionym, i to niekoniecznie przez cios fizyczny. Wystarczy nie dostrzegać, pomijać, pozostawić na marginesie. Po przychodniach terapeutycznych krążą tysiące osób pominiętych, pozostawionych sobie.

Nie tylko pomijanie ma wpływ na ludzkie obolałe istnienie, ale też to, w co się wpatrujemy! Psychiatrzy zajmujący się zaburzeniami odżywiania nawołują, aby zakazać cyfrowo retuszowanych zdjęć i sesji z udziałem modelek, które mają niedowagę. Dziś tysiące nastolatek, z których wiele ma na imię Maria czy Marta, zapatrzone są w ikony modelek! Rzadko która wpatruje się w Chrystusa i mamy tego efekt, gdyż człowiek upodabnia się do tego, w kogo jest zapatrzony! Kiedy czytam tekst z Pieśni nad pieśniami o cierpieniu Oblubienicy, która straciła z oczu kogoś, kto już na nią nie patrzy, rozumiem jej ból. „Zaklinam was, córki jerozolimskie: jeśli umiłowanego mego znajdziecie, cóż mu oznajmicie? Że chora jestem z miłości” (5,8). Można się nie tylko rozchorować z pragnienia miłości, gdy jest się pomijanym, ale nawet umrzeć, gdy się nie widzi Boga, lecz ubóstwia ciało.

Bóg troszczy się o wszystkie nasze rany, a szczególnie o te, które są efektem lekceważenia lub niedostrzegania. Widzi wszystkie rany i każdej próbuje zaradzić. „On leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany” (Ps 147,3). Fakt, że do niektórych nie dociera Jego uleczenie, nie jest dowodem Jego obojętności, lecz obojętności cierpiących, którzy w ogóle nie oczekują od Boga niczego, bo też nic nie chcą Mu ofiarować. Są zapatrzeni gdzie indziej! A czego pragnie Chrystus? Najbardziej zauważenia, bo to początek miłości. Okazuje się, że nie tylko leczy to Jego serce, ale jest to też najzdrowsze dla człowieka! Bóg kocha być kochanym!

Gdybyśmy to pojęli i przejęli się tą prawdą, nie tylko On nie czułby się zraniony, ale i my przestalibyśmy być zranieni i chorzy. Marta, zajmując się wszystkim, tylko nie Jezusem, wpadła w niezdrowy niepokój i w ten gatunek troski, który nie jest wyrazem opiekuńczości, lecz neurotycznego napięcia. Czyż to nie początek choroby? Skąd ten niepokój i troska? Ponieważ wszystko, co można stracić, budzi lęk o utratę, a tylko ta najlepsza cząstka, którą zajęła się Maria, jest niepozbywalna i uzdrawiająca.

Augustyn Pelanowski OSPPE
pobrano z: liturgia.wiara.pl