Porozmawiaj z nim

XXXI NIEDZIELA ZWYKŁA

Jezus wszedł do Jerycha i przechodził przez miasto. A pewien człowiek, imieniem Zacheusz, który był zwierzchnikiem celników i był bardzo bogaty, chciał koniecznie zobaczyć Jezusa, któż to jest, ale sam nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Pobiegł więc naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić.
Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: «Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu». Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. A wszyscy, widząc to, szemrali: «Do grzesznika poszedł w gościnę».
Lecz Zacheusz stanął i rzekł do Pana: «Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie».
Na to Jezus rzekł do niego: «Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło».
(Łk 19, 1 – 10)

Fascynujące są opisy spotkań z Panem Jezusem, które nam odsłania Ewangelia. Spotkanie Chrystusa z Samarytanką, Marią Magdaleną, Piotrem, Nikodemem, Zacheuszem, to jakby ewangeliczne odpowiedniki filmowego obrazu Porozmawiaj z nią Pedro Almodóvara.

Zacheusz – bardzo bogaty zwierzchnik celników i jednocześnie bardzo ubogi w swojej samotności i odrzuceniu przez Żydów. To człowiek zamknięty w więzieniu własnego grzechu, lęku, wstydu, uwikłany w sieć niewiary w to, że mógłby pokochać i być kochanym. Ewangelia mówi, że nie mógł zobaczyć Jezusa „z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu”.

To fakt, wzrost może być przeszkodą, by dostrzec więcej, ale w przypadku Zacheusza przeszkodą w patrzeniu było skurczone przez egoizm serce. Jego trudności nie były jednak wyłącznie jego winą. Nie mógł zobaczyć „z powodu tłumu”, który przez odrzucenie i pogardę pielęgnował jego zamknięcie, zbudował mur nie do pokonania. Zacheusz doświadczał nieakceptacji ze strony pobożnego i religijnego społeczeństwa, wśród którego nie miał prawa zasługiwać na określenie „swój”. Człowiek, któremu mówi się nieustannie, że jest zły, z czasem zaczyna sam w to wierzyć: „jestem nikim”.

Czy taki mechanizm nie występuje czasem w naszej polskiej rzeczywistości? Ludziom zamkniętym, zalęknionym z powodu swego nieprzystosowania do społeczeństwa, przez ludzką małość, podszytą nierzadko wzniosłą narodowo–religijną otoczką pełną hipokryzji („może chodzą do kościoła, żeby kto nie pomyślał, że są bezbożni?”, Czesław Miłosz, Przerażenie) odbiera się prawo do przyszłości, prawo do nadziei.

Kimś takim właśnie był Zacheusz. I nagle pojawia się Ktoś niepodobny do tłumu, i obwieszcza: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Domem Zacheusza stała się samotność, a w niej zamknięte przez pogardę i brak miłości serce. I do tego domu przychodzi Chrystus, bo… błogosławieni ubodzy, odrzuceni… Tak, „do grzesznika poszedł w gościnę”, bo „jeśli zejdę do Szeolu, Ty tam jesteś” (Ps 139). „Tak Bóg umiłował świat”, że poszedł na krańce ludzkiego serca, zstąpił do piekieł, gdzie nie ma nadziei na to, by jeszcze kogoś dojrzeć i spotkać, a tym bardziej Boga samego. Pojawienie się Chrystusa w domu Zacheusza przywraca mu wychodzące z dobroci Ojca spojrzenie błogosławieństwa, którego owocem jest wyzwolenie w miłości: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”.

Maciej Biskup OP
pobrano z: miesiecznik.wdrodze.pl